niedziela, 20 maja 2018

Rozdział II - Problemy

ROZDZIAŁ II

Zanim to ktoś przeczyta, to jest tutaj ogólnie trochę niefajny temat, więc jak ktoś jest wrażliwy czy coś, to może lepiej niech tego nie robi.

Frank Thomson jest na ten czas moim jedynym pacjentem. Jego przypadek jest na tyle zajmujący, że nie mam czasu na innych ludzi. Poznałem go 10 lat temu, kiedy pojawiłem się w tym mieście. Na początku nie traktowałem go na poważnie - wiem, co powiesz - jest to bardzo nieprofesjonalne z mojej strony, ale byłem jeszcze wtedy młody i głupi. Oczywiście nie neguję tego, że wciąż taki jestem. Czasami nadal miewam swoje momenty - wiem o tym, dlatego cię za to przepraszam. Kontynuując - kiedy pierwszy raz trafił do mojego gabinetu był wycofany, miewał tiki nerwowe i często unikał mojego wzroku. Pomyślałem wtedy, że jest nieszczery, że nie mówi mi całej prawdy. Po dłuższej rozmowie stwierdziłem jednak, że po prostu taki już jest. Opowiedział mi o swoim życiu, lecz nie był to zbyt szczegółowy obraz, w końcu nie wiedział tak naprawdę nic o swoim wcześniejszym życiu. Nie miałem mu jak pomóc, z wiedzą, jaką posiadał. Jednak widząc wtedy jego smutną postać, wzbudził we mnie uczucie pożałowania, współczucia. Spodobało mi się to. 
-Spodobało? W jakim sensie-
-CZY MOŻESZ MI NIE PRZERYWAĆ KIEDY MÓWIĘ? - jej zmieszany wzrok zdenerwował mnie. Nienawidzę, kiedy ktoś patrzy się na mnie w ten sposób. - Przepraszam, nie chciałem wybuchnąć.
-Nic nie szkodzi. - odpowiedziała błagalnym tonem. - To moja wina. Nie powinnam się wtrącać w twoją wypowiedź.
Ciągnąc dalej moją historię. Następnego dnia był zupełnie innym człowiekiem. Nie miał już swoich poprzednich tików, nie odwracał już wzroku, był bardzo agresywny w swojej mowie. Jakby się bronił. Niewiele mogłem wtedy z niego wyciągnąć. Unikał moich pytań, wyraźnie zdenerwowany, że wypytuję go o jego życie. Zdałem sobie wtedy sprawę, że jego przypadek jest naprawdę skomplikowany. Nie pamiętał kompletnie nic z poprzedniego dnia. Nie wiedział nawet, że już wcześniej ze sobą rozmawialiśmy. Oczywiście powiedział mi to dnia poprzedniego, ale mu do końca nie wierzyłem. Przychodził do mnie codziennie, codziennie przyprowadzany był przez tę samą osobą - "przyjaciela" jak go nazywał. Pewnie nie wiedział nawet, jaka łączy ich więź, robił to tylko po to, by być "normalnym". Po jakimś czasie zacząłem się przyzwyczajać do jego codziennych zmian. Nie jest to zwykłe rozdwojenie jaźni. Jest to totalna czystka. To, jaką osobą będzie nie zależy od jego choroby. To zależy od niego, od zewnętrznych czynników, przemyśleń, jakie mu się nasuną w pierwszych minutach jego życia. Codziennie kształtuje się zupełnie inna osobowość. Codziennie rodzi się zupełnie inny człowiek. I to mnie w nim fascynuje. To rzecz, przez którą skłonny byłem podjąć się wyzwania, jakim był nadzór nad jego postacią. Codziennie obserwuje go - a raczej, "to", gdyż nie jest to postać, jest to raczej puste naczynie, w które codziennie wchodzi inna dusza. Niczym ślimak wpełzający do innej skorupy. Od dawna kontempluję nad powodem jego schorzenia. Najprawdopodobniejszą rzeczą jest obrona. Lecz obrona przed czym? Tego nie jestem w stanie z niego wydobyć. Jestem pewien, że sam tego nie wie. On sam zapewne poszukuje tej odpowiedzi. Ale czy dobrą rzeczą jest znalezienie tej odpowiedzi? Może lepiej, jeżeli jej nie znajdzie? Może odpowiedź będzie gorsza, niż jego rzeczywistość? Te pytania nasuwają się w mojej głowie już od dawna, dlatego postanowiłem, że nie zacznę poszukiwań, dopóki sam ich nie zaproponuje. To, i sam powód napawania się wzrokiem jego osoby sprawiają, że nie wszcząłem jeszcze poszukiwań. Lubię patrzeć, jak przychodzi do mnie codziennie zmieszany. Lubię pomagać mu w odnalezieniu celu w swoim krótkim, dziennym życiu. Czy będę w stanie w ogóle zacząć te poszukiwania? Będzie się to wiązało z zakończeniem fenomenu, jakim jest jego postać. Czy będę mógł poświęcić tę przyjemność żeby pomóc osobie, której tak naprawdę nie znam? Czy po uzyskaniu odpowiedzi, coś się w ogóle stanie? Może w jego ciele nie będzie wtedy już żadnej osobowości, a zostanie już tylko sama skorupa? Czy poradzę sobie wtedy z presją, z poczuciem winy, że to przeze mnie ta osoba stała się wrakiem człowieka, jakim się stała? Muszę to przemyśleć. Oh - dalej mówię na głos. Przepraszam, nie chciałem tak bardzo rozmyślać, szczególnie przy tobie. Zapomnij o tym. Rozumiesz? - powiedziałem, tym samym uderzając ją w twarz. Jej puste oczy nie pokazały nawet zdziwienia, w końcu to nic nowego. Brak jakiejkolwiek reakcji wzburzył moje emocje jeszcze bardziej. Dlatego zacząłem ją bić. - Rozumiesz? ODPOWIEDZ MI. CHCĘ WIEDZIEĆ, ŻE ZROZUMIAŁAŚ. - lecz nie odpowiadała. Patrzyła się na mnie tymi swoimi nieobecnymi oczami. Od dawna wiem, czemu się nie stawia. Jej ojciec w młodości bił ją, lecz mimo to go kochała. Był to w końcu jej ojciec - nie jej to przecież jej wina, że kochała swojego rodzica. Teraz, kiedy się ożeniliśmy nie przeszkadza jej to. Co z tego, że ją raz na jakiś czas uderzę, skoro ją kocham? Lubię mieć nad nią całkowitą kontrolę. Lubię, kiedy jest mi w pełni posłuszna, kiedy nie może nic zrobić ze swojej miłości. Wiem, że ode mnie nie odejdzie. W końcu się ożeniliśmy. - Przepraszam. - przeprosiłem ją znowu. - Wybaczysz mi?
-Tak. Zrozumiałam. - wybełkotała, ledwo trzymając się na nogach. - Kocham cię.

Też cię kocham. 

Jesteś w stanie słuchać dalej?
-Postaram się, jeżeli bardzo tego chcesz.
Dziękuję, potrzebuję teraz kogoś do rozmowy. Pewnego dnia, pomyślałem również, żeby znaleźć mu jakichś znajomych, by czuł się jednak trochę bardziej "normalnie". Jak się okazało, nie musiałem nawet nic robić, gdyż kiedy powiedziałem o moim pomyśle jego przyjacielowi, ten przedstawił go paru osobom i tak to się zaczęło. Od tamtego momentu spotykają się oni codziennie. Nie wiem jednak, czy Frank traktuje ich jako swoich znajomych. Nie traktują go z tego, co wiem za dobrze. Uważają go za dziwadło. Kiedy przychodzi co, do czego unikają rozmowy z nim i ignorują go. Nawet mi o nich nie opowiada. Zapewne czuje się wyalienowany. Lubię, kiedy opiera on całą swoją przyjaźń na mnie i tym swoim "przyjacielu". Lubię, kiedy przychodzi do mnie pusty, kiedy wszyscy go odrzucili i uważa, że może mi wszystko powiedzieć. Robi to codziennie. Mimo, że jego osobowości się zmieniają, codziennie dochodzi do momentu, kiedy traktuje mnie jako swojego przyjaciela. Czasami zastanawiam się, co dzieje się z tymi wszystkimi osobowościami, kiedy codziennie tworzy się nowa. Czy magazynują się one gdzieś w odmętach jego umysłu czekając tylko na odpowiednią okazję, żeby w pewnym momencie wypłynąć i zalać cały jego mózg? Jak sobie wtedy z nimi poradzi? Czy tego nie wytrzyma i, znowu, stanie się wrakiem człowieka? Czy w takim razie jego umysł to tykająca bomba czekająca na jeden moment, w którym zniszczy tego człowieka? Tyle dróg prowadzi to jednego. Czy są jakieś pozytywne wyjścia? Może jego los od góry spisany jest na klęskę? Może nie ma sensu w ogóle leczyć tego człowieka? Rozumiesz w ogóle co do ciebie mówię? - zapytałem widząc, że jest bardziej nieobecna, niż zwykle. - Błagam, odpowiedz mi, albo się zdenerwuje.
Wyraźnie próbowała mi odpowiedzieć, lecz przez napuchnięte usta nie mogła wydusić ani słowa.
Uznałem, że wygląda śmiesznie z tymi napuchniętymi wargami. Zacząłem się z niej śmiać. Śmiałem się, widząc, jak jej świadomość zaczyna odpływać. Nie chciałem jej nawet pomóc, bo wiem, że zasłużyła. Powoli mdlała, a ja śmiałem się dalej. Nie powinna mnie tak traktować.

 Ale mimo to nadal ją kocham.

Koniec rozdziału II.

niedziela, 15 kwietnia 2018

ROZDZIAŁ I - POCZĄTEK

Książka - wpis I

1899 / 7C

Książka ta będzie w stu procentach zgodna z moimi myślami. Będę wyrażał w niej uczucia, które czuję naprawdę. Będzie to moja jedyna pewna furtka między mną dzisiaj, a mną jutro, czy za miesiąc. Mam nadzieję, że będę trzymał się tego, do czasu jej ukończenia. Nie chcę, by książka ta miała formę dokumentu, gdyż mój dziennik już ma taką strukturę. Każdego dnia będę starał się pomijać mniej ciekawe wątki, lub rzeczy, które uważałem za "normalne". 

Nie wiem, jak wyglądało moje życie przed Czystką. Mogę jedynie teoretyzować - kim byłem, co robiłem, jakie były moje relacje z innymi. Stało się to nagle, nie pamiętam kiedy, wiem, że było to, kiedy byłem jeszcze młody. Nie znałbym dokładne daty swoich urodzin, gdyby nie inni ludzie. Stało się to nagle, z dnia na dzień. Z nocy na noc. W mojej głowie zagościła całkowita pustka - nie miałem żadnych wspomnień - nic nie było w stanie przypomnieć mi, kim byłem jeszcze dzień wcześniej. Nie wiem, co sprawiło, że stało się, co się stało, lecz jest to zaprawdę dziwny fenomen. Każdej nocy, kiedy idę spać, mój umysł pozbywa się całkiem wspomnień, z ówczesnego dnia. Jedyne, co mnie ratuje, to dziennik, który prowadzę.

Codziennie, mniej-więcej wieczorem, wychodzę do mojego psychologa - Rose'a, a ja dyktuję mu moje sprawozdanie z całego dnia. Nie jest to jakoś szczególnie uciążliwe - traktuję to raczej jako moją specjalną cechę. Coś, czego nikt inny nie ma. Coś, co mnie wyróżnia. Najbardziej uciążliwą rzeczą są poranki. Jest to czas, kiedy nie pamiętam nic - wstaję z totalną pustką w mojej głowie. O 11 przychodzi do mnie Giro, i tłumaczy mi, jaka jest moja aktualna sytuacja życiowa. Prowadzi mnie do Rose'a, a ten przekazuje mi mój dziennik. Dzisiaj starałem się przewertować go całkiem dokładnie, na tydzień wstecz. "Ciekawe, czy moje poprzednie tożsamości robiły podobnie" - myślę do siebie. Co ciekawe, jedyne rzeczy, które zapominam, to rzeczy związane z moimi relacjami i wspomnieniami - mogę się w spokoju uczyć wiedząc, że w przyszłości cała wiedza nie zostanie wymazana z mojej pamięci. Kiedy zapoznam się już z dziennikiem, staram się prowadzić normalnie życie - próbuję spotykać się z "moimi" znajomymi - a raczej całkiem obcymi mi osobami, które nazywam znajomymi tylko po to, by udawać, że prowadzę normalne życie. Poza tym, param się pisarstwem - przykładem jest chociażby książka, którą właśnie czytacie. Nie dowie o niej nawet Rose, któremu staram się mówić wszystko. Jest to jedna z niewielu rzeczy, o której najwidoczniej mu nie powiem. Przynajmniej na tyle, na ile pozwala mi to moja kondycja. Zapisuję sobie codziennie moje intencje na kolejne rozdziały moich książek, abym na następny dzień wiedział, o czym pisać. Są to dwie rzeczy, które robię cyklicznie - czynności, które robię, aby utrzymywać moją rutynę życia. Dzięki temu mogę utrzymywać mój umysł czysty i przejrzysty codziennie, nie martwiąc się przeszłością. A przynajmniej tak wynika z moich notatek. Nie wiem, w jakim stopniu mogę im ufać, nie wiem, jaką osobą byłem wczoraj - mogłem to wszystko pisać tylko po to, by moje następne "ja" nie musiały się przejmować.

Dla mnie najważniejsze jest to, co dzieje się dzisiaj, nie to, co było wczoraj. Nie mam czasu, by się tym przejmować - za niedługo moja tożsamość zniknie, a jutro pojawi się nowa. Następnego dnia nie będę już tą samą osobą, jutro nie będę miał dzisiejszych wspomnień, mimo, iż są to wspomnienia zaledwie z jednego dnia. Próbuję się ich trzymać, gdyż są to jedyne rzeczy, które są prawdziwe. Jedyne rzeczy, które są naprawdę moje, nie są to jakieś płytkie słowa zapisane w dzienniku. Wspomnienia, to nie coś, co można zmaterializować, zniżyć, do tak płytkiego poziomu, jakim są proste słowa wymalowane w zeszycie. Całe moje życie, to tak naprawdę ten jeden dzień. Te dwadzieścia cztery godziny, dane mi przez moje ciało. Pragnę się nim rozkoszować, lecz wiem, że jutro to wszystko zapomnę. Nawet zapisując to w moim dzienniku nie będę w stanie oddać tego, co wydarzyło się w danej chwili. Nie będę odczuwał tych samych uczuć, tych samych smutków, tego samego szczęścia. Nie będę, gdyż zostanę już całkiem inną osobą. 

Wspomnień nie jesteśmy w stanie przenieść na papier.

Myśląc nad tym, wpadłem w pewien paradoks - całe moje życie, od kiedy spotykam się z Rose'em, zajmuje z tego, co dziś widziałem minimum pięćdziesiąt tomów grubych ksiąg (pierwsze tomy były jeszcze cienkie, najwidoczniej moje umiejętności opisywania nie były wtedy jeszcze wystarczająco rozwinięte) - zakładając nawet, że nie będę spał przez kilka dni z rzędu, tym samym nie czyszcząc swoich wspomnień, nie jestem w stanie przeczytać tylu tomów w tak krótkim czasie. Oznacza to, że nigdy nie poznam całego swojego życia. Ciekawe, czy w zwyczaju mam tego typu rozmyślania. Mimo, że mam swój dziennik, wciąż nie wiem o sobie tak naprawdę nic. Czy byłem wczoraj bezwzględnym psychopatą? A może miłym, czarującym mężczyzną? W notatkach sporządzanych przez Rose'a, nie mam jak oddać mojego charakteru - jest to jeden z powodów, dla których zdecydowałem się zacząć pisać tę książkę. 

Nie jest pewne, czy w przyszłości jedno z moich tożsamości nie zdecyduje się spalić tej książki, dlatego pozwoliłem sobie umieścić kopię dokumentu, który właśnie spisuję w miejscu, o którym sprawę zdaję sobie tylko ja (a przynajmniej tak myślę). Kto wie, może ten rozdział był już bazą do wielu książek, które zostały zniszczone, a jego miejsce zostało już zmienione wiele razy? 

Moja wizyta z Rose była dość "typowa" - na tyle typowa, na ile mogłem stwierdzić, że wyglądała normalnie. W moich książkach jestem przyzwyczajony do opisów wydarzeń, więc jest to mój pierwszy dialog - wybaczcie mi jego "suchość", postaram się zapisać go na tyle, na ile pamiętam. 

Wszedłem do jego gabinetu, stojącego naprzeciwko sklepu mięsnego. Cała uliczka była dość urokliwa, mimo, iż była mała. Stało tu wiele kamienic, zdobiących brukowaną drogę z biednymi powozami. Miasto to nie było bogate, lecz nie było również specjalnie ubogie, najwyraźniej dlatego było je stać na zatrudnienie kogoś takiego, jak Rose. Na budynku, zaraz obok tandetnego, namalowanego odręcznie znaku mózgu, wisiała zielona tabliczka "PSYCHOLOG", mająca zachęcić ludzi takich jak ja do wejścia. Nie wyróżniał się on specjalnie na tle innych, dlatego gdyby nie ona, zapewne nie trafiłbym do niego z taką łatwością. Kiedy znalazłem się w środku, jego recepcjonistka zza lady powitała mnie miłym "Dobry wieczór" i poleciła usiąść na jednym z niewielu krzeseł, stojących przy wejściu. Powiesiłem mój płaszcz na wieszaku i rozgościłem się, widząc, jak recepcjonistka wchodzi do pokoju obok i oznajmia Rose'owi moje przybycie. Cała sala była pomalowana na ciemny brąz, pasujący z drewnianym parkietem. Nie znajdowało się tu dużo, oprócz stołków, wieszaka oraz lady recepcjonistki. Po prawej od drzwi wejściowych znajdowało się okno, które zapewne w dzień rozjaśniało wszystko, dodając gabinetowi uroku.  Po chwili wyszła z pokoju i kazała mi wejść do środka. 

Jego pokój był mały, schludnie wyglądający, w kolorze przedpokoju, w którym chwilę temu się znajdowałem - zauważyłem półkę z książkami, kwiatka rosnącego w rogu. Pokój był bez okien, a drzwi, przez które przeszedłem były grube, ładnie ozdobione, z wyżłobionym jeleniem na froncie. Rose siedział przy stojącym na środku stole i powiedział:

-Cześć, Frank. - najwidoczniej moje wcześniejsze relacje z nim były przyjazne, biorąc pod uwagę, że powiedział "Cześć", zamiast - "Witaj", bądź "Dobry wieczór". A może to tylko ja jestem zbyt analityczny?  
-Witaj, Rose. - postanowiłem pójść najbezpieczniejszą drogą, jeżeli chodzi o powitania.
-Jak się dzisiaj czujesz? - pytanie to było głupie, wiedząc, że Rose ma stały wgląd na mój stan emocjonalny.
-Skąd mam wiedzieć, jak czuję się dzisiaj, nie wiedząc, jak czułem się wczoraj? - zripostowałem, nie chcąc go urazić.
-Masz rację, wybacz - powiedział przekornie, świdrując mnie swoim wzrokiem, a następnie parsknął śmiechem, chcąc rozluźnić atmosferę.
-Kiedy zaczynamy? - spytałem.
-Jesteś bardzo niecierpliwy, w porównaniu do ciebie z wczoraj, jesteś pewien, że nie chciałbyś ze mną najpierw porozmawiać? - oznaczało to, że moje tożsamości zmieniają się dość krytycznie z dnia, na dzień, kolejna rzecz warta odnotowania.
-Co mógłbyś powiedzieć mi o "mnie" z wczoraj? Jak się zachowywałem?
Ponownie się roześmiał, tym razem zapewne z mojej ciekawości.
-Cóż mogę powiedzieć - wczoraj byłeś dość wybuchowy, miałeś całkiem wrażliwy temperament, a twoje ruchy były niczym nie skrępowane. Całkiem nagła zmiana charakteru, nawet jak na ciebie. Skąd to nagłe zainteresowanie swoją przeszłością? "Nie chcę przejmować się swoją przeszłością, gdyż ten dzień, to całe moje życie" - Czyż nie tak to szło? Mówiłeś mi to jeszcze dzisiaj, niemożliwe, że nie pamiętasz.
Ma rację, jeszcze dzisiaj tak myślałem. 
-Po dłuższych rozważaniach, postanowiłem, że nie zostawię tak tego, i postawiłem sobie za cel odnalezienie przyczyny, przez którą jestem, jaki jestem. Ty, jako mój psycholog powinieneś mnie w tym dopingować, czyż nie?
-Moja pomoc to jedno, twoje jutrzejsze chęci, to coś zupełnie innego. Jestem tu, by cię nadzorować, By być osobą, której możesz ufać, kiedy samemu sobie nie jesteś w stanie. To normalnie, że będę cię wspierał, bo traktuję cię jak przyjaciela, nieważne, jaki danego dnia jesteś.
Jego odpowiedź usatysfakcjonowała mnie w dostatecznym stopniu, mimo, że nadal nie byłem w stanie mu zaufać do tego poziomu, by powiedzieć mu o tej książce.
-Czy możemy zatem przejść do dziennika? - powiedział - Jestem bardzo ciekaw, jak wyglądało twoje dzisiejsze życie.

Opisałem mu wszystko, nieszczególnie dokładnie. Pomijając parę zdarzeń, o których nie chcę pisać nawet w tej książce. Chcę o nich po prostu zapomnieć. Pominąłem również sam fakt zaczęcia książki.

-Dzięki za dzisiejszą wizytę, Frank. - powiedział, pożegnalnym tonem, czułem od lekki smutek. Smutek, że nigdy więcej się już nie spotkamy. Ciekawe, czy odczuwa go codziennie.
-Do zobaczenia, Rose, do jutra. - odpowiedziałem wiedząc, że jutra nie będzie.

Wyszedłem, nie zapominając, by pożegnać się z sekretarką. Ciekawe, czy ma mnie dość widząc mnie codziennie, niczym nową osobę. Żegnając się, mogłem dostrzec w jej oczach pewną dozę tęsknoty i nostalgii. Kiedy zaszedłem do domu, skończyłem pisać książkę, którą właśnie czytacie. Zaraz pójdę spać. Moje wszystkie dzisiejsze wspomnienia - znikną. Moje wszystkie dzisiejsze uczucia - znikną. Moje wszystkie dzisiejsze relacje - znikną.

Moje całe życie - zniknie.

Nadszedł czas, by pożegnać się również z samym sobą. Nie powiem, że nie będę tęsknić za świadomością. Kto wie, gdzie wyląduję zaraz po zaśnięciu. Przecież nie jestem duszą, - zakładając, że istnieje coś takiego, jak dusza - która idzie niby do piekła, do nieba. Jestem jedynie świadomością, kolejną tożsamością tego samego człowieka. Może człowiek ten ukrywa się gdzieś wśród swoich kopii, może ukrywa się przed czymś strasznym, czymś niewyobrażalnym, a kolejne tożsamości to jego tarcze. Może te czystki mają coś na celu - może nie chce o czymś pamiętać. Czy dążenie do prawdy ma w ogóle jakiś sens? Może to lepiej, nie wiedząc? Kim ja jestem, by osądzać, czy warto, czy nie? Jaki ja mam znaczenie dla całej osoby, jaki jest zlepek tych wszystkich świadomości, tworzących się z dnia, na dzień? Przytłoczony tymi wszystkimi myślami idę spać, by nie zrobić czegoś, czego bym żałował.

KONIEC PIERWSZEGO ROZDZIAŁU.