ROZDZIAŁ II
Zanim to ktoś przeczyta, to jest tutaj ogólnie trochę niefajny temat, więc jak ktoś jest wrażliwy czy coś, to może lepiej niech tego nie robi.
Frank Thomson jest na ten czas moim jedynym pacjentem. Jego przypadek jest na tyle zajmujący, że nie mam czasu na innych ludzi. Poznałem go 10 lat temu, kiedy pojawiłem się w tym mieście. Na początku nie traktowałem go na poważnie - wiem, co powiesz - jest to bardzo nieprofesjonalne z mojej strony, ale byłem jeszcze wtedy młody i głupi. Oczywiście nie neguję tego, że wciąż taki jestem. Czasami nadal miewam swoje momenty - wiem o tym, dlatego cię za to przepraszam. Kontynuując - kiedy pierwszy raz trafił do mojego gabinetu był wycofany, miewał tiki nerwowe i często unikał mojego wzroku. Pomyślałem wtedy, że jest nieszczery, że nie mówi mi całej prawdy. Po dłuższej rozmowie stwierdziłem jednak, że po prostu taki już jest. Opowiedział mi o swoim życiu, lecz nie był to zbyt szczegółowy obraz, w końcu nie wiedział tak naprawdę nic o swoim wcześniejszym życiu. Nie miałem mu jak pomóc, z wiedzą, jaką posiadał. Jednak widząc wtedy jego smutną postać, wzbudził we mnie uczucie pożałowania, współczucia. Spodobało mi się to.
-Spodobało? W jakim sensie-
-CZY MOŻESZ MI NIE PRZERYWAĆ KIEDY MÓWIĘ? - jej zmieszany wzrok zdenerwował mnie. Nienawidzę, kiedy ktoś patrzy się na mnie w ten sposób. - Przepraszam, nie chciałem wybuchnąć.
-Nic nie szkodzi. - odpowiedziała błagalnym tonem. - To moja wina. Nie powinnam się wtrącać w twoją wypowiedź.
Ciągnąc dalej moją historię. Następnego dnia był zupełnie innym człowiekiem. Nie miał już swoich poprzednich tików, nie odwracał już wzroku, był bardzo agresywny w swojej mowie. Jakby się bronił. Niewiele mogłem wtedy z niego wyciągnąć. Unikał moich pytań, wyraźnie zdenerwowany, że wypytuję go o jego życie. Zdałem sobie wtedy sprawę, że jego przypadek jest naprawdę skomplikowany. Nie pamiętał kompletnie nic z poprzedniego dnia. Nie wiedział nawet, że już wcześniej ze sobą rozmawialiśmy. Oczywiście powiedział mi to dnia poprzedniego, ale mu do końca nie wierzyłem. Przychodził do mnie codziennie, codziennie przyprowadzany był przez tę samą osobą - "przyjaciela" jak go nazywał. Pewnie nie wiedział nawet, jaka łączy ich więź, robił to tylko po to, by być "normalnym". Po jakimś czasie zacząłem się przyzwyczajać do jego codziennych zmian. Nie jest to zwykłe rozdwojenie jaźni. Jest to totalna czystka. To, jaką osobą będzie nie zależy od jego choroby. To zależy od niego, od zewnętrznych czynników, przemyśleń, jakie mu się nasuną w pierwszych minutach jego życia. Codziennie kształtuje się zupełnie inna osobowość. Codziennie rodzi się zupełnie inny człowiek. I to mnie w nim fascynuje. To rzecz, przez którą skłonny byłem podjąć się wyzwania, jakim był nadzór nad jego postacią. Codziennie obserwuje go - a raczej, "to", gdyż nie jest to postać, jest to raczej puste naczynie, w które codziennie wchodzi inna dusza. Niczym ślimak wpełzający do innej skorupy. Od dawna kontempluję nad powodem jego schorzenia. Najprawdopodobniejszą rzeczą jest obrona. Lecz obrona przed czym? Tego nie jestem w stanie z niego wydobyć. Jestem pewien, że sam tego nie wie. On sam zapewne poszukuje tej odpowiedzi. Ale czy dobrą rzeczą jest znalezienie tej odpowiedzi? Może lepiej, jeżeli jej nie znajdzie? Może odpowiedź będzie gorsza, niż jego rzeczywistość? Te pytania nasuwają się w mojej głowie już od dawna, dlatego postanowiłem, że nie zacznę poszukiwań, dopóki sam ich nie zaproponuje. To, i sam powód napawania się wzrokiem jego osoby sprawiają, że nie wszcząłem jeszcze poszukiwań. Lubię patrzeć, jak przychodzi do mnie codziennie zmieszany. Lubię pomagać mu w odnalezieniu celu w swoim krótkim, dziennym życiu. Czy będę w stanie w ogóle zacząć te poszukiwania? Będzie się to wiązało z zakończeniem fenomenu, jakim jest jego postać. Czy będę mógł poświęcić tę przyjemność żeby pomóc osobie, której tak naprawdę nie znam? Czy po uzyskaniu odpowiedzi, coś się w ogóle stanie? Może w jego ciele nie będzie wtedy już żadnej osobowości, a zostanie już tylko sama skorupa? Czy poradzę sobie wtedy z presją, z poczuciem winy, że to przeze mnie ta osoba stała się wrakiem człowieka, jakim się stała? Muszę to przemyśleć. Oh - dalej mówię na głos. Przepraszam, nie chciałem tak bardzo rozmyślać, szczególnie przy tobie. Zapomnij o tym. Rozumiesz? - powiedziałem, tym samym uderzając ją w twarz. Jej puste oczy nie pokazały nawet zdziwienia, w końcu to nic nowego. Brak jakiejkolwiek reakcji wzburzył moje emocje jeszcze bardziej. Dlatego zacząłem ją bić. - Rozumiesz? ODPOWIEDZ MI. CHCĘ WIEDZIEĆ, ŻE ZROZUMIAŁAŚ. - lecz nie odpowiadała. Patrzyła się na mnie tymi swoimi nieobecnymi oczami. Od dawna wiem, czemu się nie stawia. Jej ojciec w młodości bił ją, lecz mimo to go kochała. Był to w końcu jej ojciec - nie jej to przecież jej wina, że kochała swojego rodzica. Teraz, kiedy się ożeniliśmy nie przeszkadza jej to. Co z tego, że ją raz na jakiś czas uderzę, skoro ją kocham? Lubię mieć nad nią całkowitą kontrolę. Lubię, kiedy jest mi w pełni posłuszna, kiedy nie może nic zrobić ze swojej miłości. Wiem, że ode mnie nie odejdzie. W końcu się ożeniliśmy. - Przepraszam. - przeprosiłem ją znowu. - Wybaczysz mi?
-Tak. Zrozumiałam. - wybełkotała, ledwo trzymając się na nogach. - Kocham cię.
Też cię kocham.
Jesteś w stanie słuchać dalej?
-Postaram się, jeżeli bardzo tego chcesz.
Dziękuję, potrzebuję teraz kogoś do rozmowy. Pewnego dnia, pomyślałem również, żeby znaleźć mu jakichś znajomych, by czuł się jednak trochę bardziej "normalnie". Jak się okazało, nie musiałem nawet nic robić, gdyż kiedy powiedziałem o moim pomyśle jego przyjacielowi, ten przedstawił go paru osobom i tak to się zaczęło. Od tamtego momentu spotykają się oni codziennie. Nie wiem jednak, czy Frank traktuje ich jako swoich znajomych. Nie traktują go z tego, co wiem za dobrze. Uważają go za dziwadło. Kiedy przychodzi co, do czego unikają rozmowy z nim i ignorują go. Nawet mi o nich nie opowiada. Zapewne czuje się wyalienowany. Lubię, kiedy opiera on całą swoją przyjaźń na mnie i tym swoim "przyjacielu". Lubię, kiedy przychodzi do mnie pusty, kiedy wszyscy go odrzucili i uważa, że może mi wszystko powiedzieć. Robi to codziennie. Mimo, że jego osobowości się zmieniają, codziennie dochodzi do momentu, kiedy traktuje mnie jako swojego przyjaciela. Czasami zastanawiam się, co dzieje się z tymi wszystkimi osobowościami, kiedy codziennie tworzy się nowa. Czy magazynują się one gdzieś w odmętach jego umysłu czekając tylko na odpowiednią okazję, żeby w pewnym momencie wypłynąć i zalać cały jego mózg? Jak sobie wtedy z nimi poradzi? Czy tego nie wytrzyma i, znowu, stanie się wrakiem człowieka? Czy w takim razie jego umysł to tykająca bomba czekająca na jeden moment, w którym zniszczy tego człowieka? Tyle dróg prowadzi to jednego. Czy są jakieś pozytywne wyjścia? Może jego los od góry spisany jest na klęskę? Może nie ma sensu w ogóle leczyć tego człowieka? Rozumiesz w ogóle co do ciebie mówię? - zapytałem widząc, że jest bardziej nieobecna, niż zwykle. - Błagam, odpowiedz mi, albo się zdenerwuje.
Wyraźnie próbowała mi odpowiedzieć, lecz przez napuchnięte usta nie mogła wydusić ani słowa.
Uznałem, że wygląda śmiesznie z tymi napuchniętymi wargami. Zacząłem się z niej śmiać. Śmiałem się, widząc, jak jej świadomość zaczyna odpływać. Nie chciałem jej nawet pomóc, bo wiem, że zasłużyła. Powoli mdlała, a ja śmiałem się dalej. Nie powinna mnie tak traktować.
Ale mimo to nadal ją kocham.
Koniec rozdziału II.